Grecja cz. 2

23.12.15 0 Komentarzy A+ a-


Dzisiaj będzie o Olimpie, który wcale Olimpem nie jest, o rejsie statkiem oraz o leżeniu na plaży. Będzie też wielka ilość zdjęć. Gotowi? Jeśli tak to przenosimy się do Grecji!

A tak poza tym to... Wesołych świąt!
Pierwsza część relacji z Grecji ukazała się na blogu pół roku temu (!!!). Możecie przeczytać ją tutaj. Kontynuuję również formę z cytatami z maili Taty (zaznaczone kursywą), bo myślę, że to fajne. Po prostu :).
 

Dzień 5.

Szybko sklecę kilka zdań, bo dopiero co wstaliśmy a już trzeba pędzić na śniadanie. Ciągle jedzenie. Ostatni posiłek skończyliśmy jeść po północy (składające się z 12 greckich potraw), a już trzeba iść na obfite śniadanie. Wykończą nas tutaj tym jedzeniem (bardzo smacznym zresztą).
Wczoraj pojechaliśmy oglądać Olimp (Mitkias zwany jest popularnie Olimpem, mimo że Olimp to masyw górski, a Mitikas to jego najwyższy szczyt - przyp. Dominika). To taka góra, której nigdy w dzień nie widać. Pomimo tego udaliśmy się podziwiać niewidzialny szczyt. Dlaczego tak? Bo bogowie nie chcą by ich polaczki oglądali. Olimp jest blisko morza - w prostej linii 8 km. Dzięki temu jest dużo pary, która skupia się dokładnie nad szczytami Olimpu powodując, że turyści (miejscowi też) oglądają piękne białe chmury zasłaniające górę, zamiast samą górę. Pomimo powszechnej wiedzy na ten temat pojechaliśmy oglądać Olimp, by usłyszeć zdanie, że "czasem go widać, sorry, ale dziś niestety nie". Wycieczka była jednak fajna, bo wspinaliśmy się autokarem po serpentynach, odwiedziliśmy wioskę oraz ruiny zamku. Olimp jednak widzieliśmy. Gdy wjeżdżaliśmy do Grecji w pierwszym dniu, to pierwszy postój  mieliśmy właśnie w okolicach masywu górskiego Olimp. Było to rano, więc nad szczytem jeszcze nie było chmur.
Olimp "oglądaliśmy" z polany przy schronisku Takis Boundolos (Stavros).



Następnie pojechaliśmy do Litochoro, gdzie w sklepie z przyprawami/ziołami miałam jedną z najdziwniejszych rozmów po angielsku w całym moim życiu. Pani mówiła bardzo dobrze, a ja nie rozumiałam, bo nie znałam nazw wszystkich przypraw i ziół :). Razem z Mamą kupiłyśmy tam najlepsze oregano jakie miałyśmy w życiu. Nabyłyśmy również olejek oregano, który podobno działa cuda na drogi oddechowe i nie tylko. Więcej można o nim przeczytać tutaj.

Z Litochoro udaliśmy się, przechodząc obok prawosławnego cmentarza do wąwozu rzeki Enipeas. Naprawdę piękne widoki. Po spacerze zboczem wąwozu dotarliśmy do Wanien Afrodyty, gdzie to podobno sama bogini zażywała kąpieli, dzięki którym pozostawała piękna i młoda. Temperatura wody nie przekracza tam 4°C, więc bogini musiała być bardzo zdeterminowana :).


 W drodze powrotnej do miasteczka wstąpiliśmy na wspomniany wcześniej prawosławny cmentarz. Bardzo spodobało nam się to, że Grecy przy mogiłach swoich zmarłych zostawiają różne zdjęcia, przedmioty, z którymi dana osoba była związana za życia i tym podobne. Jest to całkiem inne podejście, niż u nas. Na naszych cmentarzach o ile w ogóle na grobie umieszczone jest zdjęcie zmarłego, jest ono dość ponure i wręcz paszportowe. Wiadomo, na greckich nagrobkach też się takie zdarzają, ale widzieliśmy również zdjęcie pana ubranego w strój kosmonauty lub inne, na którym osoba wyraźnie była na jakiejś imprezie.

Po powrocie do Litochoro pojechaliśmy pod zamek Platamonas. Sam zamek nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale widoki ze wzniesienia, na którym znajduje się wspomniany już tak. Zresztą, mam wrażenie, że w Grecji wystarczy wejść na jakiekolwiek wzniesienie i już mamy widok zapierający dech w piersi.



Obeszliśmy zamek dookoła i udaliśmy się do Paleos Panteleimon. Jest to stara wioska, w której wszystko wygląda tak jak to dawniej bywało w greckich wioskach. Taki zamieszkany skansen. Domy są zadbane (jak na greckie standardy), nie uświadczymy również żadnego samochodu, bo uliczki są wąskie i nierówne. 

(Punkty na niebie na poniższych zdjęciach to paralotniarze).
Wczoraj wieczorem był wieczór grecki. Miejscowi artyści tańczyli i grali. Było jedzenie i picie wina. Jedzenia tak dużo, że chyba nikt nie zjadł wszystkiego. Wina było do oporu, ile kto chciał. (...)
Zabawa trwała dla nas do 1:00. Niektórzy skończyli o 4:00. Były tańce (kto chciał), trochę się pokiwałem na kikutach. Dzieci też potańczyły. Kubuś nawet był prowadzącym całą grupę w Zorbie.

Na wieczorze greckim mieliśmy okazję zobaczyć tancerzy, którzy zaprezentowali nam greckie tańce oraz spróbować 12 typowych greckich potraw. Nie wiem dlaczego, ale z nich wszystkich najbardziej zapadły mi w pamięć gołąbki zawijane w liście winogron.


Teraz idziemy na plażę, bo dziś dzień odsypiania kaca.
Jeszcze zdanie na temat komarów. Gdy się psikniemy offem to nie gryzą. W pokoju mam takie urządzenie do gniazdka na komary i jest ok. Wymyśliłem dodatkowo pewien sposób, by mnie nie gryzły. Mamy dwa wyjścia na balkon i pokoje przechodnie. Zamykam drzwi balkonowe w naszym pokoju natomiast otwarte są w kuchni. Komar jak chce mnie pożreć to musi przelecieć przez kuchnię, a później przez pokój dzieci. Dopiero z ich pokoju musi wylecieć do naszego. Taki labirynt dla komara z dodatkową przynęta po drodze. Liczyłem na to, że zatrzyma się w pokoju dzieci i skupi się na nich. Jednak ta bestia przyleciała do mnie.
Dziś spało się dobrze chyba dzięki miejscowym wyrobom winiarskim których wypiliśmy niemało.
Koniec pisania, teraz idziemy na słońce, by móc później leczyć poparzenia miejscowym jogurtem owczym.

 Dzień 6.

Dzień ten był dniem wolnym, który przeznaczyliśmy na leżenie na "prywatnej" plaży i kąpiele w morzu.
Po lewej stronie za plecami śpiewa cykada, po prawej stronie delikatnie gra muzyka w tawernie. Z przodu fale szumią odbijając się o kamienny brzeg. Czasami ten błogi spokój zakłóci śmiejąca się głośno Renatka.
Zajmujemy całą plażę w 10 osób. Jest to plaża hotelowa, do naszej dyspozycji.
Leżaki są za darmo, woda i słońce też, a słońce pokazuje swoją moc. Całe morze aż po horyzont zajmuje Rysiek. Rysiek właściwie ma na imię Michał, ale jest prawie identyczny z wyglądu jak Rysiek (nasz sąsiad - przyp. Dominika) i nie mogę sobie zapamiętać jak ma na imię, bo mi się myli. Michał przyjechał tutaj z dziewczyną, która cały czas się śmieje. Dobrze, że przyjechali, bo pożyczają nam maski do pływania, płetwy, częstują ciastkami. Zaprosili nas też na piwo i wino z czego skorzystaliśmy. Ogólnie jest kolorowo i fajowo.

Dzień 7.


Totalnie UWIELBIAM pływać statkami. Rejsy to przeważnie moja ulubiona część każdej wycieczki. Nie wiem co takiego jest w pływaniu. Czy to ta przestrzeń, czy wiatr na pokładzie, dzięki któremu nie czuje się, że słońce pali skórę? Nie wiem, po prostu nie wiem. Ale uwielbiam pływanie tak samo jak latanie.


Ten list piszę ja (Dominika), ale Tata mi dyktuje, bo już mu się nie chce pisać. Zgodnie z obietnicą wczoraj nie otrzymaliście maila, bo musieliśmy wcześnie wstać, a też nie pospaliśmy zbyt długo, bo przyszli sąsiedzi z pięterka i imprezowaliśmy dopóki nas nie opierdolili sąsiedzi obok. Opierdol był oczywiście przez te baby (wg. Taty, który też wcale nie był cicho- przyp. Dominika), które śmiały się głośno. Kumulacja śmiechu spowodowała kumulację wkurwienia u najbliższych sąsiadów i już przed pierwszą musieliśmy zakończyć śmiechowisko. Pobudka była przed 6. Rano przeprosiliśmy wszystkich i jakoś chyba przeszło.
Autobusem dojechaliśmy do portu oddalonego 2 godziny drogi od Stomio, następnie przesiadka na statek (o nazwie Dimitra - przyp. Dominika) i popłynęliśmy na dwie wyspy. Na pierwszej wyspie (Skiatos - przyp. Dominika) było zwiedzanie, a na drugiej (to był półwysep - przyp. Dominika) opalanie. Ciekawostką i największą atrakcją w tym dniu był sam rejs, który trwał łącznie w obydwie strony około 6 godzin, a upłynął szybko, dzięki kapitanowi Kostasowi i jego załodze. Zabawiali ludzi tańcem i Metaxą (rodzaj greckiego alkoholu, bardzo popularny), wciągali ludzi do zabawy i sami się świetnie przy tym bawili. Na statku zawiązały się nawet nowe znajomości i miłości. Pojechały z nami dwie nasze młode, polskie kelnerki i jedna z nich tak się zakochała w jednym młodym marynarzu (który swoją drogą jest Węgrem - przp. Dominika), że jak to Iwo powiedział: "chyba ze 3 razy brali ślub w czasie rejsu". Zdarzyło się też jedno nieszczęście. Przed wyjazdem dziewczyny (ja i mama - przyp. Dominika) kupiły sobie piękne kapelusze przed słońcem. Miały je na głowach na statku. Wiatr zawiał (piździło jak w kieleckim, tylko cieplej) i kapelusz Dominisi (mój - przyp. Dominika) wyskoczył nagle i niespodzianie za burtę. (Iwo powiedział, że gdybym mu powiedziała to by wyskoczył i mi go wyłowił - przyp. Dominika). Niespodzianki były na statku jeszcze dwie: pierwsza to delfiny, a druga to golasy na Bananowej Plaży (ludzie, których nie stać na strój kąpielowy - przyp. Dominika). Jedno i drugie było dość słabe, bo delfiny pokazały się tylko na chwilę, a do golasów kapitan popłynął statkiem, zwolnił i zatrąbił, ale odległość i tak była duża i nie dało się rozpoznać, która dupa do kogo należy. W drodze powrotnej oglądaliśmy film "Mamma Mia", film był kręcony m.in. na Skiatos (tam gdzie byliśmy). Po oglądnięciu reklam zepsuł się telewizor w autobusie i na tym oglądanie się zakończyło. Po powrocie do hotelu, a było to przed 22 byliśmy bardzo głodni i poszliśmy na kolecjęobiado. Tam okazało się, że nie tylko my byliśmy tacy głodni, bo jeszcze głośniejsze były te pierońskie skurwiele (wampirzyce, pierońskie skurwiele, komary). Normalnie nie dało się tam siedzieć. Dzięki Bogu, który dał nam Renatkę, która dała nam offa (który odstrasza te pierońskie skurwiałe wampirzyce), udało się nam zjeść kolacjoobiad. Zmęczeni poszliśmy spać.

 
Skiathos jest bardzo urokliwe. Ale... To właśnie wyspy zwykle oglądamy na zdjęciach z Grecji. Wiecie, te białe domy z niebieskimi drzwiami i oknami, wąskie uliczki. Dlatego na samym początku trochę się tym krajem rozczarowałam. Grecja po prostu nie wyglądała tak jak na zdjęciach! To znaczy, wyspy wyglądają tak jak na zdjęciach, ale kontynent już niekoniecznie. Nie jest brzydki, ale zdecydowanie inny niż to, do czego przywykliśmy ze zdjęć. To nie pierwszy raz, kiedy wpadłam w pułapkę pięknych, wręcz wyreżyserowanych fotek/filmów z Internetu. Tak samo miałam z Wenecją.

Poniżej zdecydowanie zbyt duża ilość zdjęć. Ale nie mogłam się zdecydować.



Dzień 8.

Dzisiaj dzień odpoczynku. Śniadanie o 9, a po śniadaniu w ramach odpoczynku poszliśmy oglądać monastyr jakiegoś świętego na górze (4 km pod górę w słońcu, oczywiście w jedną stronę (...)). Na górze ochlapaliśmy się w lodowatym źródle. Dla jednych był to odpoczynek, a dla jednej czwartej rodziny było to "znowu gdzieś idziemy" (dla mnie, lubię zwiedzać, nie lubię chodzić :) a monaster jest monasterem świętego Dymitra - przyp. Dominika).
 
 Później kaweczka, a po kaweczce plażowanie na naszej prywatnej plaży. Plaża jest nasza, bo reszta grupy pojechała na zakupy do Neipori - wycieczka nieobowiązkowa. Podobno można tam kupić skórzane kurtki i kożuchy. Nam tu jest nawet dość ciepło, bo jest tak ok. 35 stopni. Morze jest tak gorące, że prawie się gotuje i stwierdziliśmy, że kożuchów nie potrzebujemy. Teraz panuje tu błogi spokój, normalnie sielanka. Słońce, woda i piweczko, które kupił Kubuś, a które już wypiłem. Chłodne, pachnące, smaczne, z odpowiednią pianą i oszronionym kuflem. Najdroższe piwo na świecie (3,5 € - przyp. Dominika). No ale kto bogatemu zabroni kupić sobie jedno piwo na całe wakacje. Zresztą, piwo kupił Kubuś, a płaciła Renatka, więc nie bolało tak bardzo. Kończymy to pisanie, bo klawiatura się wyciera.

Dziękuję za komentarz!